Nagrody i prezenty

Co z tymi nagrodami? I jak to jest z prezentami?

Od wieków chciałam napisać ten post. I przyszedł moment, w którym czuję, że mogę, bo tak 😊

Nagrody na początek, a będzie grubo, uprzedzam. I kontrowersyjnie, cieszę się bardzo 😁 .

„Wszyscy się chwalą, więc ja też”. Albo „Są chwile, które wynagradzają tobie wszystkie trudy tego zawodu”. Czy jakoś tak. Jak to zatem, kochani belfrzy, jest z tymi nagrodami 🧐? Prowokacyjnie dołączam chaotyczne zdjęcia nagród, bo tak 😊

Wywnętrzę się najpierw, jak jest z tym u mnie. Impulsem było dzisiejsze spotkanie Przemka Staronia w ramach „Wirtualnych Targów Książek”. Przemek powiedział coś, z czym się opór zgadzam. Znalazłam potwierdzenie od mądrzejszego ode mnie człowieka, że  można całkiem wnętrze swoje odkryć i to nie jest ekshibicjonizm 🙂

Całe szczęście 🤗 !

Ten blog w założeniu ma być samą właśnie szczerością, toteż napiszę w końcu, z czym wiąże się u mnie nagroda. Otóż, NAGRODA, szlaczek, to u mnie wielka konfuzja, zażenowanie i dyskomfort. Serio, serio. Oraz sztuczny uśmiech, bo trzeba. Tak mam. Niestety. Również w tym roku. I można by tu teraz pociągnąć temat w stronę psychoterapeutycznych rozważań – a dlaczego, a pewnie coś w dzieciństwie nie tak, a idź w stronę słońca, samoakceptacji, a może minefulness… ale ja nie o tym chciałam. Bo jakie mam myśli? To ważniejsze jest. Właściwie, jakie mam pytania! Otóż to! 

👉 Po pierwsze, dlaczego ja, a nie X, która/y robi więcej i lepiej? Bo robi!

👉 Po drugie, czy nagroda ma mnie motywować, czy może twierdzi: „Jesteś ok, nie zmieniaj nic”?

👉 Po trzecie, jakie są kryteria, które decydują ostatecznie, że ten belfer w tym roku zasługuje, a tamten nie (bo nie znam, nie znalazłam, nie opublikowano, nie zaznajomiono)?

👉 Po czwarte, jeśli odmawiam znaczenia nagrodom w edukacji, to dlaczego mam się cieszyć z mojej?

👉 Po piąte, jeśli wspomniana/ny na początku X byłaby/byłby bardziej ekstrawertyczna/y, no wiem, gdyby publikowała/ł, blogowała/ł, „chwaliła/ł się”, udzielała/ł, doczekałaby/łby się NAGRODY?

👉 Po szóste, co z nauczycielami, którzy pracują na swojego maksa, ale ten maks nie jest tak może spektakularny, jest taki, wiecie, cichutki, czy oni NIGDY NIE DOCZEKAJĄ SIĘ NAGRODY?

👉 Po siódme, czy WAŻNE INSTYTUCJE są w stanie nagrodzić WSZYSTKICH naprawdę dobrze pracujących nauczycieli? Również tych, co się zmieniają, wykazują otwartość na zmiany, ale tak pomalutku, starają się? A jeżeli nie, to czy ten fakt nie podcina im skrzydeł?

👉 Po ósme, jeśli WAŻNE INSTYTUCJE nie nagradzają tych powyżej, tylko tych „najlepszych” (bez kryteriów zwykle, podejrzewam), to jak się to ma do idei pracy bez nagród, którą popieram, o której trąbią nurty wszelakie nowoczesnej edukacji?

👉 Po dziewiąte i ostatnie, ale najważniejsze dziś dla mnie pytanie – dlaczego moim ósmoklasistom, wychowanym od czwartej klasy bez ocen i nagród, dziś na kółku, kiedy wymsknęło mi się (jesteśmy przed konkursem kuratoryjnym): „Uwierzcie w siebie, naprawdę świetnie piszecie” zaświeciły się oczy? Widziałam to! Znam ich nie od dziś! A to nagroda przecież była, o zgrozo!

👉 Po dziesiąte, jednak – jak nagradzać, żeby docenić, a nie ocenić? (Tu uprzedzam, wszelkie artykuły na ten temat wytropiłam, przeczytałam, nadal nie wiem, nadal wątpliwości mam wielkie).

Głowa mi pęka po prostu od tych pytań 🤕 , a to nie wszystkie, uwierzcie. Dzięki, o przodkowie, że nie mam skłonności do depresji lub globus histericus, że twarda ze mnie sztuka!

Teraz prezenty.

Zdjęcia ostatnich również prowokacyjnie załączam, a co.

 Moje pytania:

👉 Po pierwsze, jeśli jako urzędnicy publiczni nie możemy przyjmować prezentów, dlaczego nikt nas za nie nie zamyka, no może nie pozywa, nie stawia przed Wysokim Sądem?

👉 Po drugie, jeśli nikt nas nie oskarża za czekoladkę, to dlaczego oskarży za samochód?

👉 Po trzecie, gdzie znajdę zapis o granicy oddzielającej prezent od nielegalnej korzyści?

👉 Po czwarte, jak mam dzieciom, które złożyły się W TAJEMNICY  i całkiem SAME na prezent oznajmić, że nie mogę go przyjąć?

👉 Po piąte, jak mam rodzicom, którzy złożyli się W TAJEMNICY i całkim SAMI na prezent oznajmić, że nie mogę go przyjąć?

👉 Po szóste, skąd się wziął w Polsce ten zwyczaj „obprezentowywania” nauczycieli? Kto i kiedy rozpoczął ten proceder? Czy żyje w ogóle jakiś człowiek, który jest w stanie odpowiedzieć na to moje pytanie?

👉 Po siódme, czy jeśli jakimś cudem wszyscy byśmy się umówili, że nie kupuje się prezentów nauczycielom i wszyscy jakimś cudem by się tego trzymali, to nikomu by nie było jakoś  przykro? Czy dźwignęlibyśmy taką rewolucję? Jako rodzice i nauczyciele?

👉 Po ósme, czym tak naprawdę różni się NAGRODA od PREZENTU? Czy prezent dany z potrzeby serca nie stanowi nagrody za naszą pracę? Przecież jednak chyba właśnie stanowi?

No, bardzo mi trudno z tymi pytaniami. Nikt oczywiście mi nie odpowie, nic nie szkodzi, przyzwyczajona jestem 😊

Najważniejsze, że mi ulżyło, bo w końcu je wyartykułowałam. Nie wszystkie zresztą, ale co tam.

Belferka Zosia

Czy będzie test?

„Proszę pani, a test z lektury będzie trudny?” – patrzy na mnie, czyli baaardzo w górę malutka Ola z czwartej klasy. Popatruje przy tym wyjątkowo badawczo zza okularów… Dopadają mnie tak raz na czas czwartaki, żeby pogadać, przedtem oswajają dużą panią od polskiego uściskami i prawie zawsze wykazują się nieustającą ciekawością, co tam będzie na lekcji. Tym razem wiedziały, że w Librusie zapisano wydarzenie – początek cyklu lekcji z lekturą. Przyzwyczajone (tak domniemywam) do sprawdzianów z  treści lektury, niepomne moich zapewnień i niestety nadal nieufne, uroiły sobie test.  Starsze klasy już takich dylematów nie miały – wiedziały, że testu nie będzie na pewno, a co będzie? Jak zaczniemy? Tego nigdy nie wiedzą na pewno 😊

Dlaczego nie rzucam testu sprawdzającego znajomość lektury po samodzielnym przeczytaniu? No cóż…

🧏‍♀️ bo uznaję prawo do testowej pomroczności jasnej w kwestii „szczególików” treści, mimo że się przeczytało książkę,

🧏‍♀️ bo jestem przekonana, że jeśli dzieci nie zabierają się za czytanie, to nie z powodu lekceważenia jedynki z testu, tu powodów należy poszukiwać głębiej,

🧏‍♀️ bo mam nadzieję, że w trakcie zajęć nieczytający delikwent poczuje, że może jednak następnym razem warto by było przeczytać, bo jakoś tak głupio,

🤘 bo mam pewność, że najważniejsze info o lekturze i tak samo mu niechcący zalegnie w neuronach wskutek naszego żonglowania jej treścią.

W końcu – bo nie natknęłam się podczas mojej, ponadtrzydziestoletniej praktyki na test/sprawdzian, który dawałby mi RZECZYWISTĄ i RZETELNĄ odpowiedź na pytanie: CZY UCZEŃ PRZECZYTAŁ LEKTURĘ? Sama też takowego nie potrafię stworzyć, a próbowałam, wierzcie mi. Widać słabo u mnie z umiejętnościami diagnosty. Dopadają mnie zawsze bowiem watpliwości, duże. A jeśli z testu wyszło mu 3, czy tam 4 albo 30% (75%?), czy to znaczy, że przeczytał połowę 🧐? Jaką cześć? A może ma problem ze zrozumieniem polecenia na teście? A przeczytał! Albo po prostu to nie ta chwila, nie ten dzień? Bo, no nie wiem – nie zjadł śniadania, zachorował dziadek, rodzice się pokłócili, kumpel zdradził, przegrali mecz albo czuje, że „Życie mnie Mnie”. Wiem coś o tym? No niestety rzadko… A może  jednak przeczytał!? Jak wobec tego mam potraktować informację, którą daje mi takowy test???

Jeśli ktoś zna doskonały sprawdzian dający odpowiedź na tylko to jedno pytanie – czy lektura została przeczytana? – poproszę! Przyrzekam, że się nad nim pochylę.

A co zamiast w takim razie? Otóż kształcimy „zamiast” kompetencje kluczowe:

👉 w zakresie rozumowania i tworzenia informacji,

👉 osobiste, społeczne i w zakresie uczenia się,

👉 w zakresie przedsiębiorczości.

No, nie udało się wszystkich, sorry. Ale kto wymyśli zajęcia dwugodzinne kształcące wszystkie 8 kompetencji, chylę przed nim czoła, kajam się i poproszę o korepetycje.

A w jaki sposób zaczynamy? Zamiast testu?

„Akademia pana Kleksa” – klasa 4. – turniej „Akademickie mistrzostwo”

Ważne, wyjątkowo ważne (!) zasady w przypadku czwartoklasisów, początkujących w moim przypadku w zasadach OK (napisać na tablicy albo w inny sposób na wieki wieków 🙂

  • Nie ma nagród .
  • Nie ma ocen.
  • Gratulujemy i oklaskujemy 👋 tych, co TO ZROBILI.
  • Zachwycamy się, że ktoś WIEDZIAŁ i że możemy się dzięki temu też DOWIEDZIEĆ.
  1. Dzielimy klasę na 3-5 grup.
  2. Pierwsze zadanie dla grup – krzyżówka, znajdziesz ją tu (10 minut)

Po upływie wyznaczonego czasu czytamy pytanie do krzyżówki, grupa, która zna odpowiedź, daje umówiony znak do odpowiedzi (trzeba ustalić takowy znak, ostatecznie może to być ręka w górę). Oklaski za poprawną odpowiedź. Pozostałe grupy uzupełniają krzyżówkę. I tak dalej.

  1. Drugie zadanie dla grup – odpowiedzi na pytania w quizach.

– prezentacja https://view.genial.ly/5feb16f2a666f40d7dc6dcd2/learning-experience-challenges-akademia-pana-kleksa-zabawa-testowa ,

–  https://wordwall.net/pl/resource/14754520

Tu można zastosować zasadę „po kolei” lub losować kolejność odpowiedzi dla grup.

  1. Uważnotki Monika Iwanowska – Motyle w dzienniku

Pocięte ikonki  grupy losują, naradzają się i odpowiadają,  z jaką sytuacją w lekturze kojarzy im się się ikonka.

„Opowieści z Narnii. Lew, Czarownica i stara szafa” – klasa 5. – „Porządki w szafie”

  1. Zasady jak wyżej.
  2. Dzielimy klasę na dwuosobowe grupy (za pomocą memory lub inaczej).
  3. Pierwsze zadanie dla par – odwrócona kartkówka.

– Pary losują odpowiedzi na 2- 3 pytania (znajdziesz je TU, trzeba pociąć na paski).

– Zadaniem każdej grup jest przygotowanie pytania, na które  odpowiedzią jest to, co mają na pasku.

– Para zadaje pytanie innej, wskazanej przez n-la parze pytanie, które ułożyła, oraz uznaje, czy odpowiedź jest poprawna.

(Czuwamy nad tym, czy pytanie jest poprawne – poprawność pytania wskazuje na znajomość treści! Pilnujemy, żeby każda para miała możliwość zadania pytania i odpowiedzi na pytanie.)

  1. Uważnotki Moniki Iwanowskiej.

W 5. klasie próbujemy już swoich sił argumentowania.

Pary losują po 2-3 uważnotki. Zadaniem każdej pary jest odpowiedź na dwa pytania:

– Z jaką sytuacją w lekturze kojarzy się Wam ta grafika?

– Odpowiedzcie na pytanie – dlaczego tak się Wam kojarzy? (użyj zwrotów: „Na ikonce jest…” „W lekturze …”).

„Mały Książę” – klasa 7. – „Wędrówką życie jest człowieka”.

  1. Zasady jak wyżej.
  2. Dzielimy klasę na dwuosobowe grupy.
  3. Pierwsze zadanie dla par – odwrócona kartkówka, odpowiedzi do niej znajdziecie TU..

– Pary losują odpowiedzi na 2- 3 pytania ( trzeba pociąć na paski).

– Zadaniem każdej grup jest przygotowanie pytania, na które  odpowiedzią jest to, co mają na pasku.

– Para zadaje pytanie innej, wskazanej przez n-la parze, pytanie, które ułożyła, uznaje, czy odpowiedź jest poprawna.

(Czuwamy nad tym, czy pytanie jest poprawne – poprawność pytania wskazuje na znajomość treści! Pilnujemy, żeby każda para miała możliwość zadania pytania i odpowiedzi na pytanie.)

  1. Uważnotki Moniki Iwanowskiej.

Przy okazji powiązania obrazu z treścią lektury ćwiczymy  umiejętność argumentowania .

Pary losują po 2-3 uważnotki. Zadaniem każdej pary jest odpowiedź na dwa pytania:

– Z jaką sytuacją z lektury kojarzy się Wam ta grafika?

– Odpowiedzcie na pytanie – dlaczego tak się Wam kojarzy? Powiąż grafikę z treścią lektury (użyj zwrotów: „Na ikonce jest…” „W lekturze …”).

Kamienie na szaniec” klasa 8. – „Walka o nieskończoność”

  1. Zasady jak wyżej.
  2. Dzielimy klasę na dwuosobowe grupy.
  3. Pierwsze zadanie dla par – odwrócona kartkówka,.

– Pary losują odpowiedzi na 2- 3 pytania (znajdziesz je TU, trzeba pociąć na paski).

– Zadaniem każdej grup jest przygotowanie pytania, na które  odpowiedzią jest to, co mają na pasku.

– Para zadaje pytanie innej, wskazanej przez n-la parze pytanie, które ułożyła, uznaje, czy odpowiedź jest poprawna.

(Czuwamy nad tym, czy pytanie jest poprawne – poprawność pytania wskazuje na znajomość treści! Pilnujemy, żeby każda para miała możliwość zadania pytania i odpowiedzi na pytanie.)

  1. Uważnotki Moniki Iwanowskiej.

Przy okazji powiązania obrazu z treścią lektury ćwiczymy  umiejętność argumentowania.

Pary losują po 2-3 uważnotki. Zadaniem każdej pary jest odpowiedź na dwa pytania:

– Z jaką sytuacją z lektury kojarzy się Wam ta grafika?

– Odpowiedzcie na pytanie – dlaczego tak się Wam kojarzy? Powiąż grafikę z treścią lektury (użyj zwrotów: „Na ikonce jest…” „W lekturze …”).

Tyle  o „sprawdzaniu’ znajomości treści lektury. Dajcie znać, czy się zorientowaliście, kto przeczytał 😊

Belferka Zosia 

Wzrastanie

            Bez żartów będzie. Tak na serio bardzo, przepraszam, jeśli miejscami przyzwyczaiłam do czegoś innnego. Mam jednak nadzieję, że przeczytacie całość, bo będzie najpierw emocjonalnie, a potem znów emocjonalnie.

            Natchnienie do podzielenia się z wami moimi refleksjami o wzrastaniu trafiło mnie w trakcie kompletowania dokumentacji do zebrania zespołu ewaluacyjnego IPET, czyli dla niewtajemniczonych – spotkania grupy nauczycieli i specjalistów debatujących przy dobrowolnym udziale rodzica nad efektywnością działań podjętych przez szkołę w celu wsparcia rozwoju dziecka z orzeczeniem o kształceniu specjalnym (uffff, tak to naprawdę się nazywa). Wychowawcą jestem nieprzerwanie od lat trzydziestu i kilku, pierwszy raz jednak mam zaszczyt opiekować się klasą integracyjną. Tak, to zaszczyt, to potwierdzenie twoich kwalifikacji wychowawcy, to wielkie zaufanie ze strony szefostwa, nauczycielu, nie kara i dopust Boży. Zrozumiałam to już od pierwszych chwil spotkania z moimi dzieciakami.

Wstrząs remontowy 😣

Na początek opowiem historię mrożącą krew w żyłach. Potem kilka innych, które wstrząsnęły życiem belferki i matki. Pierwsza zetnie krew w żyłach przede wszystkim ekologom i innym miłośnikom fauny i flory. Otóż… remont miałam. Noooooo… tak, dziękuję za wasze wzdryganie się i drgawki, też teraz tak mam. Rzeczony armagedon rozpoczął się w miesiącu kwietniu, wyjątkowo (i jak się szybko okazało, złudnie) życzliwym temperaturowo dla istot żywych i czujących. Rtęć wspinąca się na zewnętrznym termometrze oraz znaczne, wręcz  wyjątkowe jak na tę chwilę, ożywienie w moim ogrodzie podstępnie podpowiedziały mi najgorszą decyzję ever. WYSTAWIŁAM MOJE KWIATY NA ZEWNĄTRZ. Moje ukochane fikusy, sztuk dwie – jeden około 3 metrów i beniamin, bujny jak lasy tropikalne, około 2 metrów oraz dracenę na kilku pniach, najwyższym około półtora metra. Wspomnę też o kilkunastu „trawkach”, geraniach etc. Niby wyjścia nie miałam… Remont wykluczał ich obecność „we wewnątrzu”… Później nastąpiło TO – kilkustopniowe mrozy, dzień po dniu, bez wytchnienia – no i nie wytrzymały tego survivalu moje zielone dzieci, nawet z ochroną. Zmarzły, umarły, opadły, zostały gołe kikuty drewniałych łodyg. Rozpacz. Żałoba. I nie byłam w stanie tych kikutów wyrzucić! Stały tak sobie, straszące śmiercią przez jakiś czas, smętne i wyzierające, gryzące, codzienne, gołe wyrzuty sumienia. Dłuuuugo tak miałam. Każdego dnia pochylałam się nad nimi, licząc na cud. I pewnego dnia coś zobaczyłam. Coś maleńkiego, zgrubienie takie nieśmiałe, wypustek niemowlęcy. Mój fikus żył!  Z pewną nieśmiałością łypnęłam na pozostałe donice – tam też! Jest życie! Potem już tylko było lepiej. Podlewałam, nawoziłam, głaskałam, bijac się w piersi, przepraszałam. Dziś wiem, że się odrodziły, bez szans właściwie, skazane przez mój błąd, a potem z wyczekiwaniem na cud i z nadzieją, że może coś się zdarzy, z przekonaniem, że nie mogę ich skreślić, że trzeba dać im czas.

Nie skreśliłam, dałam szansę, dałam im czas, walczyłam.

Właśnie – pochylić się, zatrzymać, pomyśleć, nie pędzić i nie ulegać narzucającym się opiniom i interpretacjom.

Pochylenie się i zatrzymanie to punkt pierwszy, wiem to nie od dziś, ale wspomniany na początku IPET i zielone dzieci zmusiły mnie do podzielenia się tym z wami.

Przypadek 🤔

Pamiętacie jeszcze czasy pierwszych dyplomowań? Nie, nie wy, młodziaki, zwracam się do dinozaurów edukacji 😊 Były czasy, kiedy teczki dokumentacji na dyplomowanie sięgały tryliony segregatorów, a wśród nich ukryte perełki pod nieszczęśliwym tytułem „Opis przypadku”. W takiej właśnie teczcie opisałam mojego P., który, wierzcie mi, nie rokował. Wręcz przeciwnie. Na moim podwórku szkolnym dopiero kiełkowały zajawki OK, różniste programy wsparcia, IPETY, centra pomocy rodzinie i takie tam. Generalnie więc byłam tylko ja i P. A co się zadziało między nami, to tylko wiemy my. Łatwo nie było. Pobicia rówieśników, rozwalane lekcje, wulgaryzmy rzucane tu i tam oraz inne smaczki. Dość powiedzieć, że stale, bez ustanku, kierując się raczej intuicją niż rzetelną wiedzą, wspierałam…

 Dziś P. pracuje (a nie rokował, powtarzam 😊), ma cudną rodzinkę i w sklepie pewnej sieci  owadziej urządzamy sobie pogaduchy o jego pracy i synku.

Nie skreśliłam, dałam szansę, dałam mu czas, walczyłam.

Falbankowany „Pan Tadeusz” 💃

A czasy klas przysposabiających do zawodu pamiętacie? Otóż ja dobrze pamiętam 😊 Po pierwszej lekcji polskiego właśnie tam ogarnęło mnie przekonanie graniczące z pewnością, że mój ziemski, całkiem mi się wtedy wydawało młody żywot, dokona się już niedługo… W pierwszej ławce zasiadał M., osoba bardzo dobrze zbudowana, ozdobiona licznymi tatuażami, z ogoloną głową, na przepustce z tzw. poprawczaka i spoglądająca na mnie spode łba. Dalej nie było bardziej dla mnie wspierająco, niezależnie od płci. A ponieważ akcja rozgrywała się w  gimnazjum, coś tam próbowałam czytać na lekcji. Właśnie, próbowałam ja, bo nikt, uwaga – NIKT  inny nie wyraził łaskawie zgody na głośne przeczytanie jakiegokolwiek tekstu. Jedyne, co słyszałam, to raczej groźne, nieartykułowane pomruki, które wydalał M. Po paru lekcjach nieudanych prób zachęcania do czytelniczej aktywności i paru trudnych wieczorach oraz dziesiątkach retrospektywnych projekcji tego, co się zadziało, przyszło olśnienie. Oznajmiłam wówczas na lekcji cichym barankom, że odkryłam ich tajemnicę. Wiedziałam, dlaczego nie chcą nic przeczytać! Bo nie umieją! Uwierzycie w coś takiego??? Oni, uczniowie gimnazjum (różnych roczników), NIE POTRAFILI CZYTAĆ! Potem uczyliśmy się tej sztuki, a „falbankowanie” fragmentów „Pana Tadeusza” powiększonych na ksero do dziś budzi moje niedowierzanie 😉 i sentyment. Kolorowałam sylaby, falbankowałam i czytali… Czy ze zrozumieniem? Nie sądzę 😊. Ale się nauczyli czytać w godnym tempie i z przyzwoitą techniką. I pilnowali mi potem mojego lanosika na parkingu, odśnieżali maskę i trasę do wyjazdu, poważnie. Kierował akcją M. To była jego i ich wszystkich wdzięczność, choć nie wyrazili tego słowami.

Za to, że nie skreśliłam, dałam szansę, dałam czas, walczyłam.

Trochę prywaty 🤗

Skoro to mój blog, wprowadzam właśnie w tej chwili zasadę, że mogę pisać też o strefie zakazanej, czyli życiu prywatnym, a co. Jestem też mamą. Kiedy urodził się mój syn, aparatura od WOŚP żyła za niego.
Po odłączeniu, zdiagnozowaniu martwych obszarów mózgu i po czarnej otchłani rozpaczy zaczęłam walczyć. Dwa lata walki o człowieka, dwa lata rahabilitacji, ćwiczeń, terroryzowania rodziny, dwa lata bez prawdziwego kontaktu ze starszymi córkami (jak wyszły na ludzi, do dziś nie wiem) i wyrok  komisji: „Może już pani przestać, syn osiągnął poziom czterolatka w rozumieniu i mowie”. Ciekawe, czy doktor Skowronek (tak cudownie nazywał się lekarz prowadzący) dziś też mówi matkom: „Proszę nie płakać, tylko wziąć się do roboty”? Muszę sprawdzić… Syn nie rokował, a raczej rokował niepełnosprawność. Dziś doskonały uczeń, laureat, a przede wszystkim wspaniały człowiek, empatyczny, wspierający, moja duma.

Nie skreśliłam, dałam szansę, dałam czas, walczyłam.

Jednak nie 🙈

Nie będę jednak opowiadała ze szczegółami o moich obecnych dzieciach klasy integracyjnej. Kiedyś może się odważę, kiedy ich rodzice i oni sami nie będą śledzić już mojego bloga, bo im życie podsunie znacznie ciekawsze zajęcia, mam nadzieję. Bo to, jak bardzo chcą, jak się starają, wiedzą naprawdę tylko oni. Ja natomiast widzę, jak cudownie rozwijają swoje kompetencje społeczne i umiejętności szkolne. Oskarża się obecne pokolenia i kolejne roczniki, że nieprzygotowane do życia są, do samoobsługi i w ogóle. Gdybym nie doświadczyła kilku dni jako mama (tak właśnie) tego, co zaserwowali mi dziesięciolatkowie z klasy integracyjnej na wycieczce, może bym uwierzyła. Podobno też empatii nie ma w młodym pokoleniu… Kończę, bo się zapędzę, a postanowiłam przecież o nich nie pisać. Kiedyś… na pewno.

Nikogo nie skreślę, dam nieskończoną liczbę szans, dam dużo czasu, będę walczyć.

Bo dziecko rozwija się tak jak zieloność, w swoim tempie, wystarczy stosować 3xP – powoli, podlewać, pielęgnować.

Wzrastanie warto, przepraszam bardzo, ale dokumentować. Robię to nie tylko dla siebie, nie powstają księgi tajemne i zakazane, może tam zajrzeć rodzic i sam zainteresowany. I nie są to skomplikowane oraz nowatorskie sposoby: 

🌱 Stare i wysłużone, teraz ponoć w odwrocie w szkolnictwie, TECZKI UCZNIA. Tam właśnie, przez kilka lat lądują wszystkie, dokładnie wszystkie ślady działania ucznia przez kilka lat naszej wspólnej pracy. Oczywiście te, które dają się tam umieścić. Na koniec ósmej klasy weźmiemy taką teczkę i zachwycimy się, widząc, jak wzrastały umiejętności jej posiadacza 😊 A nie chodzi tylko o tradycyjnie pojmowane „wypracowania”. Wszystko to wszystko.  

🌱 Karty umiejętności – na nich uczeń sam zaznacza, w jakim stopniu opanował umiejętność określoną w podstawie programowej. Moje propozycje takich kart znajdziesz TU. Zbieramy je, zbieramy i dowody na wzrastanie mamy jak znalazł 😊 Dodatkowo potwierdzenie tezy, z którą wszyscy nauczyciele się zgadzają, ale nie wszyscy uwzględniają w swojej pracy – o zróżnicowanym tempie rozwoju każdego dziecka.

🌱 OK zeszyty – od pierwszych, tych z czwartej klasy, w których notatki musiały być trochę sugerowane, trochę podpowiadane, po ostatnie, całkowicie samodzielne w ósmej klasie. Cudowne dowody wzrastania.

              Papierowe dowody, jak widać, u mnie rządzą. Pandemia zrobiła w nich niestety sporą wyrwę, bo zawartośc folderów w komputerze to już nie to samo, o nie. Zapytasz – ale gdzie to trzymać? Rzeczywiście, to może być kłopot, ale dla chcącego … Ja jestem szczęśliwą posiadaczką dużej szafy w sali polonistycznej, półek starcza dla wszystkich.

Moje doświadczenia, nie tylko te powyżej, ukształtowały SZEŚCIOLOG BELFERSTWA, którego staram się ze wszystkich sił przestrzegać:  

  1. Nigdy nie oceniaj ucznia, zanim go nie zrozumiesz.
  2. Pamiętaj, żeby każdy sukces ucznia święcić.
  3. Daj czas na wzrost, uczniowi i sobie.
  4. Twoja walka o ucznia jest zawsze słuszna.
  5. Problem ucznia jest twoim problemem.
  6. Twój problem nie może stać się problemem ucznia.

I całkiem możliwe, że kiedyś SZEŚCIOLOG będzie SIEDMIO, OŚMIO i tak dalej LOG- iem. Oby tak było, bo wtedy będę miała pewność, że wzrastam.

Belferka Zosia

Był resecik czy nie, oto jest pytanie…

Wakacyjny czas może całkiem skutecznie wyczyścić zasoby w młodych główkach, tak w ramach niezamierzonej (oczywiście) złośliwości wobec nas, belfrów. We wrześniu zatem stajemy przed pilną i boleśnie uświadomioną potrzebą wydarcia z rzeczonych głów tych informacji, które tam być może przetrwały letnie porządki. Przykampiły się i czekają NA NAS, taką mamy nadzieję. Ale mamy też niejasne przeczucia, że zdalna szkoła nie do końca… Nie tak zupełnie… Tak to nastaje czas DIAGNOZY 😱

Nie będę się wysilała i wyjaśniała nikłej, a nawet żadnej wartości „klasycznych” testów diagnozujących, wszechobecnych niestety w polskich placówkach 🙄. To już bardzo profesjonalnie zrobili inni. Przedstawię za to, jak wydobywam zasoby z uczniowskich neuronów, jak odnajduję puste szuflady, a potem jak staramy się je wspólnie zapełnić 💪. 

  1. Gry i rywalizacja

Bezdyskusyjnie gry połączone z rywalizacją przebiły u moich uczniów wszystkie inne potrzeby, zbadałam to wcześniej – dzieciaki we wszystkich klasach rutyną myślenia krytycznego „wędrujące kartki” odpowiadały na pytanie „Czego potrzebuję na języku polskim, żeby się dobrze czuć i nauczyć?”(nawiasem pisząc, tu też miałam diagnozę , widzicie to, prawda?). I tam, obok zasad współpracy w grupie i innych bonusików, każdorazowo i jak mantra powtarzały się, proszę ja was, gry 😊 No to szlus – odpowiadając na ich, a przy okazji moje, belferskie potrzeby, popełniłam pierwszy etap diagnozy, z nauki o języku na przykład. I tu NIC, naprawdę żadnych cudów nie wymyślałam, bo po cóż wyważać otwarte drzwi? Dbając o mój dobrostan, wykorzystałam gotowce, przykładowo na Wordwall🤩

👉 Najpierw podział na grupy, które będą ze sobą rywalizować,

👉potem gramy (wyświetlam na tablicy kolejne zadania, grupy mają określony czas na naradę i odpowiedź, przydzielamy punkt lub nie, proste).

Jak to się ma do diagnozy 🧐? Otóż ma, bo ja ukradkiem NOTUJĘ SOBIE 😊, co tam nie zagrało w odpowiedziach. Na koniec refleksja graczy – czy pamiętają, czy wiedzą „co ich boli”? Otóż pamiętają i wiedzą 😁! I mamy zdiagnozowany obszar do pracy – MAMY, bo w ten przyjazny sposób nie tylko ja sprawdzam, ale sprawdziły się też dzieci. A były wtedy uśmiechnięte, co pozwala mi domniemywać, że stres przy takowej diagnozie się nie pojawił 😊

  1. Wyzwania dla grup – nauka o języku.

Przepiękna diagnoza z refleksją mi wyszła, serio. Wykorzystałam drewniane klocki (ukradłam wnukowi, ale odkupię po pierwszym, przysięgam  😇 ). Na klockach wypisałam wszystkie części mowy (każda występowała po parę razy, tyle, ile zaplanowałam grup). Dlaczego klocki? A to trzeba było zobaczyć, jak je dorwali diagnozowani 🙈  Chwilę musiałam odczekać, coby się nacieszyli drewienkami NA LEKCJI. Nawet ósmoklasiści 😊 Powstawały wieże i inne inżynieryjne bardziej skomplikowane konstrukcje…Zgodnie z moją zasadą – zaskocz, rozruszaj, zlikwiduj rozpaczliwy ziew na młodej twarzy. Potem zadania dla grup, różnie to było,  bo przecież, rzecz jasna, nie wyzwę tak samo czwartaków jak ósmaków. Przykładowe zadania – wyzwania znajdziecie TU.

Czy zadziałało? Tak! Grupy liczyły po 4-5 osób. Jeśli nikt w grupie nie był w stanie wykonać zadania, to znaczy, że kilka osób ma z tym problem. A jeśli 2-3 grupy miały tu „dziurę”, to już wiem, co robić. I ZANOTOWAŁAM, ku pamięci😊

  1. Wyzwania dla grup – literatura

Klasy 7-8 to oczekiwania uczniów i rodziców, że robimy wszystko, żeby dobrze przygotować się do godziny E. To mój blog, moje zasady, więc wyznam szczerze, że wisi mi egzamin i wszystko, co z nim związane. Jakoś nie umiem do dziś zlokalizować kompetencji, jakie ON miałby ukształtować… Rozumiem jednak potrzeby pozostałych podmiotów edukacji, toteż pozostaję w gotowości i się staram 😊

Klasa 8. – diagnoza „lekturowa”

  1. W grupach uczniowie mają za zadanie posegregować na 3 kartkach, wg. podziału na rodzaje literackie poznane lektury. Wpisują tytuły i autorów.
  2. Grupy przedstawiają swoje wpisy – jeśli w grupie czegoś brakuje, na bieżąco to uzupełnia (rutyna MK winda).
  3. Grupy dopisują do swoich tytułów gatunki literackie i motywy.
  4. Grupy przedstawiają swoje wpisy – jeśli czegoś brakuje, jak wyżej (rutyna MK winda).

A teraz alternatywnie (w zależności, ile macie czasu): 

🧠 Grupy wypisują postacie, przedstawiają ogólny zarys akcji lub problematykę dwóch dowolnych pozycji lekturowych (rutyna MK „kawusia”).

🧠Grupy na czas rozszyfrowują lektury na podstawie ikonek Przerwa na polski (dziękuję!).

Czy zadziałało? Tak! Ósmoklasiści wyrecytowali mi, czego nie pamiętają, co  trzeba powtórzyć. I, zadziwiające, ich refleksje pokrywały się z moimi NOTATKAMI 😊.

No właśnie – notatki. Rzecz istotna, rodzice zaglądają do zeszytów i te inne uwarunkowania… Po każdej pracy w grupie był czas na stworzenie własnej notatki. Własnej, podkreślam. Prowadzimy z uczniami OK zeszyt, więc notatki tworzą sami. Gra i furkocze to w klasach 5-8, ale w  4. trzeba czasu i pomocy z mojej strony (choć niektórzy uczniowie od pierwszych lekcji „załapują”, o co chodzi). Czwartakom wskazuję, co powinno się znaleźć w notatce, ale zaznaczam, że mają dowolność w tym, jak to zapiszą. Dużo pomagam, przysiadam się do zagubionych, proponuję zapisy, rysunki… Na początku tak trzeba.

Chciałam tylko zaznaczyć jeszcze, że pracuję bez ocen cyfrowych i nie zauważyłam braku chęci do roboty podczas zajęć. Zauważyłam za to mnóstwo refleksji i nawet elementy planowania swojego rozwoju, swoich powtórek, co podpowiedziałam, zainspirowana przez Plan daltoński (który jeszcze przede mną, ale dużo obserwuję).

Z pewnością zaś działaliśmy zgodnie ze strategiami OK i MK oraz „mimochodem” zadbaliśmy o kompetencje 4xK 👍 krytyczne myślenie (diagoza wstępna potrzeb, prezentacja grup), 👍 kreatywność (własne notatki), 👍 komunikację i 👍 kooperację (stała praca w grupach, wymiana, uczenie się od siebie).

A diagnoza to bonusik taki 😊

We wstępie napisałam, że będzie o tym, jak zapełniam puste szuflady, które zlokalizowaliśmy wspólnie z uczniami. Otóż było ekspresowo oraz intensywnie, bo czasu brak, każdy belfer to wie. A dodatkowo bardzo ruchowo, bo na boisku.

I tak, na przykład

– zdiagnozowane „dziury” w znajomości przypadków i ich rozpoznawaniu ćwiczyliśmy

a) najpierw przez podawanie sobie piłki (jesteśmy w kręgu, każda osoba, do której została podana piłka, podaje nazwę kolejnego przypadka wraz z pytaniami, wszyscy chórem mówimy potem określenia pomocnicze, np. gdy pada mianownik Kto? Co? – wszyscy krzyczą „idzie”, gdy pada dopełniacz Kogo? Czego? – wszyscy krzyczą „nie ma”, itd.)

b) potem przez bieganie między kręgami z literami oznaczającymi przypadki. Ja podawałam rzeczownik, uczniowie ścigali się, kto pierwszy (i poprawnie!) dobiegnie do narysowanego kręgu z pierwszą literą przypadka.

– zdiagnozowane „dziury” w rozpoznawaniu aspektu czasownika na boisku wypełnialiśmy tak: wypowiadałam czasownik – jeśli był dokonany, uczniowie kucali (dokonało się!), jeśli niedokonany, biegali. Trochę było problemów, pomogła notatka wizualna narysowana kredą na płytach boiska 😊

– zdiagnozowane „dziury” w odróżnianiu przysłówków od wyrażeń przyimkowych „załatwiliśmy” linką do skakania.   Kręciliśmy liną, kiedy uczeń wskoczył, wołałam „przysłówek” lub „wyrażenie przyimkowe” i tak długo skakał, aż podał poprawny przykład (przysłówka lub wyrażenia).

A potem refleksja w zeszycie, jak było ze mną przed „boiskiem”, a jak jest teraz? Czy zapełniliśmy pustą szufladę?

Czas pracy nad zadaniami odmierzaliśmy najbardziej analogowo, jak tylko można, bo za pomocą klepsydr od CEO. Poszły też w ruch pieczątki „CUD MIÓD” od kwadraciaki.pl 😊

Późno już u mnie, a post i tak za długo, więc kończę i dziękuję każdemu, kto dobrnął do tego momentu.

Tadam!

Balferka Zosia 

Kraina szczęśliwości belfra i jak się tam dostać

Zapraszam was do krainy szczęśliwości befra, w której niczego nie brakuje nam, opiekunom kaganka oświaty, w której bujamy się na edukacyjnych chmurkach, takich puszystych, milutkich, ciepłych, ale nie za bardzo, pieszczących nasze zbolałe kręgosłupy, wyciszających, ale nie za bardzo, takich po prostu akumulatorach naszej energii nauczycielskiej, z których pobieramy siłę, ale nie za bardzo. Opisuję genialne (nieskromnie zauważam) wynalazki, a młodzi i odważni naukowcy natychmiast powinni wziąć je na warsztat, bo my, nauczyciele, zaraz to od nich zakupimy za milion monet, tacy już jesteśmy. Wszystko dla dobra oświaty, zamiast nowej fury i komóry, my jesteśmy ponad – chleb, woda i intelektualne rozkminy, to nasz żywioł. Ewentualnie coś na rozrzedzenie gorącej, belferskiej krwi. Wynalazki pozwalam opatentować, daję pomysły za free, niech tylko będą już. Umieściłam je na poziomach zupełnie chaotycznie i przypadkowo, nie żeby któryś był bardziej ważny, a inny mniej. Wszystkie są niezbędne, absolutne must have belfra każdego, żeby osiągnął krainę szczęśliwości.

Poziom 1.

chilnaba – skrót od chill na bani, cudowny środek aplikujący belfrowi luz, high life, flow, ogólnie dystans podczas roku szkolnego i wakacji również. Wiem, są już takie, na przykład do wdychania, nie o tych tu mowa i nie o takie mi chodzi (panie prokuratorze, jakby co).  Chodzi o coś, co nie wpędzi mnie w zgubny nałóg, kolejny zresztą, chip jakiś czy bransoletka, no nie upieram się, mogą to być gacie, które kontrolują mój poziom wnerwu i jak dojdę do niebezpiecznego levelu, w którym walę prawdę między oczy rodzicielom ucznia, ewentualnie dyrekcji czy koleżankom z grona, on, ten chilnaba mi fiuuuuu, aplikuje luuuzzzz, peace and love i wtedy nie narażam się, mam komfort, nie mam zaś kłopotów oraz konfliktu wewnętrznego. No czad po prostu. A w wakacje? Będzie mnie uwalniał od tego…no wiecie…przerażającego uczucia, że MARNUJĘ CZAS. Że nie mogę tak po prostu sobie leżeć i nie robić nic. Że po nicnierobieniu będę się czuć źle, bo to takie wbrew naturze jest. A ja nie lubię źle się czuć, proste. Chilnaba mi oznajmi – odpoczywaj, cholera, to jest ok! Wow!

Poziom 2.

„aukom” – skrót od ał komórka, miejsce na bezpieczny wrzask belfra. Nie wiem dokładnie, jak to miałoby być zorganizowane, to już działka młodych naukowców. No sorki, ale w kosmosie sobie bujamy, a czegoś takiego nie można? Można, można na pewno, tylko chcieć! Tak sobie wymyśliłam, że to ma być w szkole takie, wiecie, INTYMNE miejsce, koniecznie absolutnie niewidoczne dla innych. Wchodzi sobie belfer do tej komórki – bańki, a tam widzi projekcję swoich najskrytszych marzeń… No nie wiem, na przykład, że jest taki fęsi, elegancki i ekskluzywny albo uczniowie mu się pokazują grzeczni, kreatywni, logicznie myślący i z motywacją, albo projektują mu się górskie krajobrazy, ale z palmami i on jest na ich tle, albo widzi rodziców wpatrujących się w niego z akceptacją, może nawet (a co, zaszalejmy) ze zrozumieniem, albo on sam jest uznawanym i popularnym członkiem Ważnego Klubu Intelektualistów i tam wszyscy go słuchają, i podziwiają jego mądrość oraz erudycję,  nieważne co. I może sobie, bosko niesłyszalny dla szkoły, powrzeszczeć z żałości, że nie ma tego wszystkiego. A wtedy ma być mu lepiej, w założeniu w każdym razie. Może też w aukomie po prostu powrzeszczeć, bez projekcji, żeby następnie pokazać się swoim uczniom wyluzowany i sympatyczny.

Poziom 3.

„speedex” – skrót od szybka ekscytacja. Jest taki sobie belfer – kapeć, którego nic już  nie cieszy, nic nie bawi, a szkoła jawi się mu tak raczej depresyjnie, bo tak. Absolutnie wszystko mu odbiera radość oraz uniemożliwia pracę. Jęczy, że podstawa programowa, że ministerstwo, że rodzice, że dzieciaki, że dyrekcja, że kasa, że kot narobił do buta. I widzi obok siebie podskakującego kolegę z rumieńcami, perorującego z zaangażowaniem i zachwytem o swojej klasie/lekcji. No koszmar dla tego pierwszego, rozumiecie to, prawda? Ale ten pierwszy ma „speedex” – trąca paluszkiem rozgadanego kolegę i … jest!!! Ekscytacja!!! Też przebiera nogami przed lekcją, ogarnia go euforia i, co najważniejsze, już nie zazdrości. A chroni to go przed zawiścią, która niszcząca jest, więc to ważny bardzo wynalazek, wręcz epokowy dla szkolnictwa. Przecież tyle już wiedzą nasi neurobiolodzy, no hej, co to za problem zmajstrowanie neuroprzekaźnika ekscytacji?!

Poziom 4.

„nohand” – skrót od nie w ręce. Rzecz nie dotyczy belfrów w szkołach bez pięter. Młodych kalendarzem też nie, ci wszyscy przeskakują od razu do poziomu 5. Oni nic nie wiedzą o życiu. Kilkanaście lat temu nie pomyślałabym o czymś takim. Pomykałam wówczas po piętrach szkoły niczym rącza łania, nie zauważając nawet toreb, plecaków, plansz i innych takich wiszących na mnie, a niezbędnych przecież. Obecnie tak różowo nie jest, true story. Wlokę się z zadyszką, ale i z uporem, mrucząc pod nosem, że dojdę, dojdę przecież, w końcu. Nohand jest więc dla mnie, poproszę, młodych Artemisów Fowlów o coś takiego i przepraszam za prywatę. Przecież to nie musi być wielka winda, która wymaga ekwilibrystyki inżynieryjnej, prawda? Proszę o coś malutkiego, maluczką windeczkę, wyciągniczek, tunelik taki, na który kładę bagaże i one sobie bezpiecznie docierają na właściwe piętro, w moim przypadku na trzecie, szlaczek. A, i weźcie pod uwagę fakt, że ma być to kanał niedostępny dla uczniów, czujności nigdy dość, może w swoich torbach ktoś umieści WIELKĄ TAJEMNICĘ BELFERSKOŚCI.

Poziom 5.

„gilzaw” – skrót od gilotyny zawiści. Dla tych na przykład, co wbrew zasadom przeskoczyli przez poziom 3. Bardzo, ale to bardzo zadziwiające jest, że, dajmy na to historyk, podpierdziela do dyrekcji matematyka, załóżmy (przedmioty można sobie tu wstawiać dowolnie). Lub robi mu pod górkę, tak generalnie. Albo te komentarze w belferskich grupach (swoją drogą popieram głosy za wprowadzeniem limitów w tym względzie, zastanowiliby się jedna z drugim, zanim napiszą niewznoszącą niczego głupotę). Pytam ja was, bo nie ogarniam, o co kaman? Mam spore podejrzenia, że o zawiść chodzi. Mówi się, że nie ma złych emocji, no ok, przyjmijmy, że zawiść jest dobra, przytulmy ją dla zmyłki. A zaraz potem ciach, niech zadziała gilzaw! Wmontowana może być w ekran naszego kompa, w ulubiony długopis czy tam coś. Niech wyczuwa naszą frustrację, nie dopuszcza do niechcianej i męczącej dla obu stron zawiści i natychmiast aplikuje nam empatię oraz miłość i akceptację dla się. Koniecznie.

Poziom 6.

„sepabel” – skrót od wydzielony (seperated) belfer. Wydzielony, oddzielony, wyizolowany. Od czego?  Od tłumu i wrzasku, kochani, nie udawajmy, że ICH nie ma. Wkraczając do budynku szkoły, nie spodziewamy się, rzecz oczywista, że będziemy tam SAMI. Nawet nie chcemy, przecież. Kochamy swoją pracę, a ona polega na interakcji z ludźmi. Ale… gdy pada deszcz… a my mamy dyżur na korytarzu… a na tym korytarzu wokół nas dziesiątki istot, które szanujemy i kochamy, oczywiście, ale one tak… się roją, wydają z siebie ryki jakieś, biegają, krzyczą, no tak jest, sami wiecie. I wiecie, że poziom dopuszczanego hałasu jest w tym momencie niedopuszczalny, i wiecie, że nic nie możecie z tym zrobić, i wiecie, że oszalejecie za sekundę, a w najlepszym wypadku ogłuchniecie! Wtedy macie sepabel. Nawet niech to będzie implant jakiś, każde siano za to dam. Niech mnie wyizoluje, ale tak sprytnie, żebym rzecz jasna ogarniała rzeczywistość, bez hałasu, bo stoperów przecież sobie w wymęczony kanał słuchowy nie wsadzę.  

Poziom 7.

„propol” – skrót od „dla polskiego” (w sensie języka). Ten blog w założeniu ma być przede wszystkim niegłupi. I zobaczcie, do czego mnie to doprowadziło. Powyżej nakichane od anglicyzmów. Słabe to jest, ała i auć. To zaburza moje poczucie szczęśliwości, polonistką wszak jestem przecież. Dyskomfort superpoziom (nie superlevel, doceńcie). Poproszę więc o propol, ponownie prywata, niech tam. Dlaczego, pytam, dlaczego łatwiej jest mi wyrażać myśli z użyciem anglicyzmów??? To czary jakieś? Co jest w nich takiego, czemu tak łatwo przechodzą przez krtań i klawiaturę??? Niech tak nie będzie u mnie, proszę… Propol musi, niestety, towarzyszyć mi nie tylko w szkole, w życiu poza też się zdarza ten grzech, nawet częściej, masakra. Blokowałby każdy obcy wyraz, jeśli tylko jest polski odpowiednik, a ja z wrodzonego lenistwa nie zadałam sobie trudu, żeby trochę pomyśleć.

Poziom 8.

„kubomon” – nazwa powstała od „kubka”oraz Moniki G. (tej z „Przyjaciół”), znanej fanki porządku wszelkiego.  Teraz, mimo że są wakacje, poproszę was o mentalne przeniesienie się do pokoju nauczycielskiego. Widzicie już to miejsce? To idziemy dalej. Rozejrzyjcie się… Tam, w szafie albo na półce stoją KUBKI. Nie, nie te zwykłe kubki, umyte, te zostawcie i patrzcie uważniej. KUBKI mają resztki kawy, harbaty, zużyte saszetki w swoim wnętrzu. I tak sobie stoją te KUBKI, stoją, aż w nich pojawia się życie… Niedobrze mi, za daleko poszłam z tą wizualizacją. Jeśli tego nie widzicie, poziom ukończony. Ja niestety tak nie mam, a właściwie mam, tego garba wyniesionego z domu (i tak was kocham, mamusiu i tatusiu), że widzę KUBKI i wszystko, co w nich zalega, nierzadko rośnie i żyje. Fu i błe, ohyda. A co to kubomon? To, uważajcie, kubek, niezwykły, spersonalizowany i piszczący, pikający, wrzeszczący może też być, na konkretnej częstotliwości odbieranej tylko przez właściciela. Pikać czy wrzeszczeć uciążliwie ma w sytuacji dla mnie ekstremalnej – kiedy właściciel pozostawi go z resztką poplutego przez siebie płynu na dłużej niż, no nie wiem, godzinę? To jest do dogadania. Postaram się być elastyczna, wiem, wiem, zimna kawa i te rzeczy, ale uprzedzam, że negocjacje tu będą ciężkie. Kubomoniki moje kochane mogłyby na przykład mieć swoje stałe, przytulne miejsce w budżecie szkoły i tylko z nich można by było spożywać płyny. Przepis z bolesnymi restrykcjami bym tu wprowadziła. Tyle.

Poziomów 9. oraz 10. na razie nie ma, pojawią się, jeśli poznam inne potrzeby na szlaku do szczęśliwości. Liczę na Was!

Belferka Zosia

PS Kolejność umiejscowienia danego wynalazku na konkretnym poziomie dowolna, w zależności od preferencji i natężenia poczucia potrzeby.

O tym, jak ruszyłam cztery litery i dlaczego

„Panda rhei” – „Wszystko płynie”, jakże ta heraklitowa oczywista oczywistość jest nam bliska. Przecież wiem i ty to wiesz doskonale, że jedyne, co jest pewne w naszym systemie edukacji, to brak pewności i stabilności. Podstawa programowa przeobrażająca się z mniej na bardziej i znowu na mniej, i znowu na bardziej oderwanego od rzeczywistości potworka żyjącego przez kilka lat swoim maluczkim życiem, lektury w „kanonie” (no sorki, ale ciągle nie mogę się pogodzić z pojęciem KANONU) przez które z każdym kolejnym rocznikiem coraz trudniej przebrnąć, chory algorytm finansujący oświatę w zawsze niewystarczającym zakresie i przyprawiający o białą gorączkę naszych lokalnych samorządowców, kreatywni urzędnicy w warszawce i jej odnóżach (to nie błąd ortograficzny, tak ma być, nie mylić z Warszawą) tworzący „wiekopomne” dzieła papierkowe w szale uzasadniania niezbędności swojego stanowiska, żonglujący wedle uważania statusem naszego zawodu… Tak się to toczy od wielu lat, a na pewno już ponad trzydziestu kilku, za tyle mogę ręczyć. No i słabe to jest, bezwzględnie. Ten wpis jednak nie będzie jojczeniem, nie obawiaj się, jojczeniom wszelkim mówię weto i strącam z edukacyjnej planszy, taki misterny mam plan. Zdarza się wszak i przecież, o dzięki głowom oświeconym, moment, w którym bardzo wielu pedagogów, w tym moja skromna, nauczycielska świadomość, otrząsają się, przytomnieją i zaczynają, często w rozpaczy, gorączkowo szukać ratunku. W takim momencie trafiłam na Centrum Edukacji Obywatelskiej i przeżyłam objawienie (nie, to nie jest za duże słowo) numer jeden. Ocenianie Kształtujące stało się dla mnie furtką do nowego życia belferskiego, zmartwychwstałam jako nauczyciel, a zastrzyk energii, który wówczas mi zaaplikowano, uchronił mnie od depresji i wypalenia zawodowego, tak częstych niestety dziś w naszym zawodzie. Odmłodniałam wręcz, hi, hi. Pasja od pewnego czasu zwinięta w kłębek w ciemnym kącie sali polonistycznej rozprostowała kości, przeciągnęła się i z radością rozwinęła zgrabiałe skrzydła. „Gdzie byłaś?” – zapytałam z wyrzutem. „A ty???” – nie pozostała mi dłużna… Ocenianiu Kształtującemu poświęcone od tego momentu było życie moje belferskie, jak i też wiele zakładek tejże strony internetowej.  I tak, przez parę ładnych lat, zgłębiając warsztat nauczyciela „bez ocen”, powoli, ale z Pasją u mojego boku, realizowałam plan „RATUJ DZIECIAKI I SIEBIE”. A  przy pomocy narzędzia, OK zeszytem zwanym, była to czysta rozkosz, nawet nie przyjemność. A gdy przyszedł krach – nie krach, czyli pandemia i zdalna szkoła, ja byłam gotowa. Tak mi się wydawało przynajmniej. Ale ten straszny czas mnie zmienił, jeśli ciebie nie, to zazdroszczę. Tragedie przydarzające się uczniom, rozpacz w rodzinach przyjaciół i znajomych, nie tylko te związane z kresem życia i chorobą, ale też z  końcem zarobku i bezpieczeństwa finansowego, zmieniły moje spojrzenie nie tylko na edukację, ale też na życie i wartości, które stanowią centrum człowieczeństwa. I ponownie nie są to zbyt wielkie słowa. Doświadczenie zdalnej szkoły, niepowtarzalne w swoim wymiarze, po pierwsze, udowodniło mi zasadność Oceniania Kształtującego, pracy bez ocen, pracy nastawionej na rzeczywistą motywację, relacje i Człowieka,  po drugie, pokazało, jak płytko i pobieżnie traktujemy najważniejsze, czym powinien chlubić się Człowiek i co go wyróżnia spośród fauny i flory naszego globu – MYŚLENIE. I tu, przyznam, nie pamiętam dokładnie chwili, w której TO się stało. Dość powiedzieć, że pojawiła się w mojej szkole możliwość poznania czegoś (ale co to jest? –  myślałam wówczas sobie), co nazywano MYŚLENIEM KRYTYCZNYM. Hmmmm… No ok, zobaczę, dedukowałam, myślenie jest mi bliskie, krytyką się nie brzydzę, więc chyba dla mnie.

Bardzo szybko okazało się, że moje wyobrażenie MK ma bardzo niewiele wspólnego z tym , co ONO sobą rzeczywiście reprezentuje. Za to, co skonstatowałam z ekscytacją,  jest bardzo spójne z Ocenianiem Kształtującym, moją belferską miłością i fascynacją. Zapytałam wówczas swoją nauczycielską jaźń – przecież już dbam o relacje, o wsparcie, o różnodność w rozwoju, nieeeee, mam wszystko, co potrzeba, po co mi MK? I nie mam pojęcia, jak to się stało, że wiedziona jakąś bliżej nieokreśloną intuicją zdecydowałam się jednak na zgłębienie obszaru MK. Właśnie – zgłębienie! Zapamiętajcie to słowo!

Po paru skokach organizacyjnych (tak to nazwę), przeszłam  szkolenie  trenerskie 1. stopnia MK, poznałam środowisko, ideę, ludzi – fascynatów MK, w tym Macieja Winiarka. I, wierzcie mi, przeżyłam kolejne objawienie, numer 2, ale na podium ze złotym medalem ex aequo. Nie chodzi „tylko” o relacje! Chodzi o otwartość myślenia, o jego niezależność, a przede wszystkim o KOMPETENCJE,  w jakie wyposażamy uczniów. Kompetencje, o których mówi się, grzmi wręcz, opowiada, ale… w skwierczącej codzienności szkolnej bardzo szybko zapomina! Chodzi o umiejętność logicznego myślenia, odróżniania faktów od opinii, rowiązywania problemów! Przecież wszyscy jojczą (!), że uczniowie nie myślą! Że powtarzają schematy, powielają gotowe rozwiązania, nie potrafią samodzielnie znaleźć do nich drogi! Chodzi o dzieci i młodzież, którzy w większości nie są w stanie sprostać wymaganiom potworka – podstawy programowej, ale z powodzeniem mogą  znaleźć się w  społeczeństwie, wystarczy ich w tym wspierać, a może po prostu nie przeszkadzać. Tak, potrafią doskonale się znaleźć, pod warunkiem, że szkoła przestanie rzeźbić i skrupulatnie układać kłody pod ich przebierającymi do startu nogami. Tak właśnie, powtórzę raz jeszcze – NIE PRZESZKODZI! A może da im nawet skrzydła? A co by było, gdyby szkołę wspominali w dorosłym życiu dobrze? Szkołę, która w gąszczu „wiedzy niezbędnej” dała im przestrzeń do rozwoju? Czy czasem nie staliby się społeczeństwem przyjaznym edukacji, bez jadu skierowanego na nauczycieli po przeżytych szkolnych traumach? Naprawdę tego nie chcemy? Przecież mój uczeń za kilka lat stanie się dorosłym człowiekiem z wyrobioną opinią o szkole. Jeden, drugi, dziesiąty, setny, tysięczny dorosły człowiek, który będzie lub nie wspierał nauczycieli!  Oczywiście, mamy laureatów, nasze korony i chluby, ale jaki procent stanowią? A większość? Większość nas NIE LUBI,  delikatnie rzecz ujmując. Upsss…

Czas jednak Zofia dobijać do brzegu, któym w założeniu tego posta jest MOTYWACJA. Może mi się nawet uda obudzić w jednym, choć jednym nauczycielu, jednej nauczycielce ochotę (nie marzę o pragnieniu) poznania czegoś więcej, czegoś NOWEGO?

Jeśli poszukujecie inspiracji podstawowej, od której ja rozpoczęłam moją drogę w kierunku dobrostanu – zacznijcie od OK. Jeśli jednak chcecie się po prostu rozwijać dalej, czujecie, że wasz uczeń to powinna być myśląca, w tym logicznie 😅, czująca i refleksyjna istota, przyjazna uczeniu się, wyposażona w kompetencje i umiejętności pozwalające im funkcjonować w społeczeństwie, nie, inaczej – pozwalające im po prostu żyć prawdziwie, nie ma innej drogi, jak połączenie Oceniania Kształtującego z Myśleniem Krytycznym. Nie ma, po prostu.

Zachwyt OK i MK przeżywałam dzień w dzień podczas minionego roku szkolnego. Jeśli prokrascynacja mnie nie pokona 😊, opiszę więcej zajęć z wykorzystaniem OK i MK, których byłam świadkiem – tak właśnie, świadkiem, nie „prowadzącym” – bo, rzecz niesamowita, oddaję prowadzenie uczniom!  Tu, na tym blogu, w poprzednim wpisie umieściłam próbkę, bardzo skrótową, a była to sobie lekcja w klasie ósmej, która, mam nadzieję, wstrząśnie wami tak jak mną. No czad, po prostu, niestety, ała, bez moich zasług. To, w jaki sposób ósmoklasiści ZGŁĘBILI (pamiętacie to słowo?) bez mojego udziału zagadnienie, jeszcze nie tak dawno wydawało mi się niemożliwe.

Nie jesteście przekonani? No też kiedyś nie byłam. Dziś trwam w zachwycie i z niecierpliwością wewnętrznego dziecka czekam na początek roku szkolnego, szalona, bo

– „Nigdy nie mów nigdy” (to aluzja do mojego wieku, słusznie dojrzałym zwanego),

– „Nic nas tak bardzo nie okłamuje, jak nasz własny osąd” (Leonardo da Vinci), o tym dowie się każdy krytycznie myślący homo sapiens,

– „Panda rhei” i trzeba z tym sobie poradzić,

– „Koniec ciekawości – to już jest starość” (Valeriu Butulescu), czyli dzieckiem jestem, a jak tam z wami, młodzi kalendarzem?

– „Człowiek staje się najbardziej zmęczony, gdy stoi w miejscu” (chińskie przysłowie) – no byłam tak zmęczona, minęło 😊,

– „Związanego łatwo bić” (ponownie mądrość chińska) – tego właśnie chcesz?

I tak dalej.

Strony, gdzie możesz zajrzeć do OK i MK już masz podlinkowane powyżej.  Na żywo możesz się spotkać z Myśleniem Krytycznym już w sierpniu, bo czeka na ciebie niesamowite, serio, wydarzenie, Festiwal Myślenia Krytycznego. Tam znajdziesz swój przedmiot, wychowawstwo, no w ogóle, żywi 😁, autentyczni nauczyciele praktycy 👩👨, w tym ja 😀 razem z Nieidealną polonistką podzielimy się swoją Pasją i doświadczeniem. Tremę mam jak jasna cholera, bo to mój pierwszy w życiu webinar 😅😱 i na pewno na sekundę przed pomyślę „No po co to tobie było, kobieto???”. Obiecałam sobie jednak, że zrobię wszystko, żeby pokazać moją Pasję i jej wyprostowane, przepiękne skrzydła.

 Rusz, sorki, cztery litery i zrób coś ze swoim belferskim życiem, jako i ja uczyniłam 😍! Skorzystaj z okazji, bo to szansa na nowe życie belferskie, a nie wierzę, że ciebie nie korci 😉.

Belferka Zosia

O braterstwie i przyjaźni jest ten film…

A było to już po nieszczęsnym egzaminie ósmoklasisty, kiedy to brać szkolna, czyli uczniowie i my, gremialnie poszukiwała sensu dalszego przebywania w murach szkoły 😊😅🧐

Wszystko omówione, szlaczek, nawet, o zgrozo, „przerobione”, czas po egzaminie i w dodatku po zdalnej edukacji, młodzież 7 i 8 leży na ławkach, co tu robić??? Jak żyć? Ano tak 👇

Postawy:

  • rozpoznajesz emocje swoje i innych,
  • kwestionujesz oczywistości, własne założenia,

Tekst kultury 👇 „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”🎞  reż. Peter Weir

Cel podany uczniom: Poznasz dzieło filmowe „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” i zinterpretujesz jego przesłanie.

KSU

👉 Z uwagą śledzisz fabułę filmu.

👉Analizujesz postawy bohaterów.

👉 Odważnie i jasno wyrażasz swoją opinię.

👉 Szanujesz zdanie innych.

👉 Pracujesz w grupie zgodnie z poznanymi wcześniej zasadami.

👉  Wyciągasz wnioski.

👉  Formułujesz swoją refleksję.

Przed projekcją filmu:

Most 1 hasło „nauczyciel”.

słowa – szkoła, stres, książki, oceny, wiedza, wymagania, zdenerwowanie, wymagający, wściekły, denerwuje się, nauka, wymagania, nauczanie, praca, zasady, nerwy

(Czy widzicie wspólny mianownik tych wpisów? Czy jest w nim coś przyjemnego???)

pytania – Czy nauczyciele zachowują się zawsze tak jak w szkole? Dlaczego nie wszyscy nauczyciel pomagają uczniom? Czy nauczyciele rozumieją dzisiejszą młodzież? Dlaczego nauczyciele są wymagający? Po co jest nauczyciel? Czy każdy może zostać nauczycielem? Czy nauczyciele są potrzebni? Dlaczego nauczyciele nie traktują uczniów równo? Czy nauczyciel powinien faworyzować uczniów?

porównania – nauczyciel jest jak dyrektor, jak encyklopedia, jak wikipedia, w której zawsze znajdziesz odpowiedź, jak robot, wie wszystko, jak garnek, ciągle się w nim gotuje, jak maszyna, nie patrzy na uczucia, jak książka, jak zasady, jak prawo – bo trzeba go słuchać, żeby nie mieć kłopotów.

Po pojekcji filmu – rutyna „Widzę, myślę, zastanawiam się”

Widzę – odwagę, mocną więź przyjaźni między chłopcami, że przyjaźń jest najważniejsza, braterstwo,

Myślę, że chłopcom było potrzebne stowarzyszenie, że nauczyciel Keating uczy lepiej niż inni nauczyciele, że rodzice powinni pozwalać swoim dzieciom robić to, czego w życiu chcą, gdyby tak było, historia Naila zakończyłaby się inaczej,

Zastanawiam się, czy takie stowarzyszenie miałoby sens w dzisiejszych czasach, dlaczego Neil nie postawił się ojcu, jak by się to potoczyło, gdyby Nail się nie zastrzelił, dlaczego chłopcy postanowili wskrzesić stowarzyszenie, dlaczego nauczyciel został wydalony ze szkoły

Dzięki tym wypowiedziom miałam pewność, że młodzież naprawdę śledziła uważnie fabułę filmu. Rutyna pozwoliła również na refleksję, na przemyślenia uczniów na problemy poruszane w filmie, stała się przyczynkiem do rozmowy na tematy tak bliskie młodemu człowiekowi jak przyjaźń, więź, odwaga w przestrzeni szkoły i w relacjach z bliskimi. Myślę, że dzięki takiej drodze do analizy dzieła filmowego lepiej zapamiętają jego składniki treściowe, problematykę, przestrzeń, w której umiejscowieni zostali bohaterowie, bez konieczności mechanicznego powtarzania tychże elementów.

Rutyna „Różne punkty widzenia”, czyli spróbuj zrozumieć potrzeby i obawy innych.

  1. Dyrektor Akademii Weltona

Chcę kontrolować, potrzebuję władzy.

Boję się, utraty autorytetu, stanowiska.

  1. Nail

Chcę grać w sztukach. Potrzebuję miłości ze strony rodziców, ich akceptacji.

Boję się, że już nigdy więcej nie będę mógł grać.

  1. Nauczyciel John Keating

Chcę, żeby moi uczniowie nauczyli się myśleć.

Boję się, że chłopcy nie zrozumieją lekcji i popełnią błędy w przyszłości.

  1. Rodzice Neila

Chcemy, żeby nasz syn miał ukończoną dobrą szkołę i w przyszłości został lekarzem.

Obawiamy się, że syn porzuci karierę lekarza.

Rozmowy, rozmowy… potoczyły się inaczej, niż sobie to zaplanowałam 😊😱  Młodzież skupiła się na konflikcie Naila z rodzicami i na rozdźwięku między tym, czego pragnął a oczekiwaniami domu. Doszliśmy do analizy potrzeb rodziców, zadziwiające 😊🤔, którzy okazali się nie tacy straszni i źli… Znalazła się przestrzeń na ich zrozumienie, na dociekanie i próbę obiektywnej oceny intencji. Dalej nastąpiło zatrzymanie się na rozdźwięku między intencjami a skutkami działań, często tragicznymi i zupełnie rozmijającymi się z potrzebami. Pojawiło się pytanie, dlaczego tak jest? To skupienie na relacjach z rodzicami potwierdza wagę, jaką stanowi dom w życiu nastolatków. A dom Neila został określony jako rodzina bez relacji 🙄.

Niestety, w dyskusji, w której założyliśmy sobie zrozumienie dla każdej ze stron, nikt nie bronił szkoły, którą uosabiał dyrektor. Żal do szkoły objął również pana Keatinga, który choć z dobrymi intencjami i pasją, według dyskutujących powinien przewidzieć skutki swoich rewolucyjnych metod. Ponownie zadziwiające…

Most 2. Hasło „nauczyciel”

słowa – szkoła, interesujący, dziwny, dobry, wesołość, inny, nauka, szkoła, książka, lekcje,

pytania – Czy nauka bez nauczycieli miałaby sens? Dlaczego nauczycielom zależy? Dlaczego nauczyciel chce być nauczycielem? Czy nauczyciele lubią swoją pracę? Czy każdy może zostać nauczycielem? Jakiego nauczyciela lubisz? Czy ciekawa lekcja wiąże się z wielkim trudem?

Porównania – nauczyciel jest jak rodzic, jak osoba wspierająca, jak opiekun, jak otwarta książka, jak człowiek (!), jak rycerz, mimo zaciętej walki nie poddaje się i walczy do końca.

Kurtyna.

Powyżej macie naprawdę wielki skrót, mnóstwo rzeczy, które zadziały się na zajęciach, pominęłam, bo wyszedłby wpis makaron. Nie opisuję też wszystkich elementów OK. Mam tylko nadzieję, że widzicie wielkie wow, jakie można przeżyć na takich lekcjach, jeśli nie, marne mam pióro, bo to wow było.

Tego i wam na każdych zajęciach życzę.

Belferka Zosia

 

 

Nie godzę się

Średnie, średnie, paski i nagrody za oceny… Nie po drodze mi z tym, sorki. Kiedy 10 miesięcy temu postanowiłyśmy z Nieidealna polonistka promować dobrą edukację (nie szkołę, to instytucja ‼️, dziękuję Toc dla Edukacji  i Maciejowi Winiarkowi za uświadomienie mi tej różnicy), wspierającą każde dziecko, bez względu na jego możliwości, a może właśnie ZE WZGLĘDU na różnice w możliwościach i tempie rozwoju, miałyśmy głowy pełne pomysłów (rozsądnych i nie tylko 😁) na to, jak można wspierać zmianę polskiej rzeczywistości oświatowej. Od tego czasu poznałyśmy mnóstwo przecudownych osób, nie, raczej osobistości edukacji ‼️, dzięki którym dzień po dniu upewniałyśmy się, że czas, najwyższy czas na zmiany i że nasza intuicja, a może po prostu serca, prowadzą nas właściwą drogą. Wędrujemy sobie nią, bez ocen cyfrowych, z dbałością o szacunek dla człowieka, kimkolwiek by nie był i niezależnie od jego wieku. Bo, może to niespodzianka dla niektórych, dziecko też człowiek 🤪. I po miesiącach rozkosznego nurzania się w ideologicznych chmurach przychodzi TEN DZIEŃ. Dzień wystawienia cyfry. Numeru, który ma „wycenić” ucznia. Tak samo „Jasia”, otoczonego miłością i wsparciem rodziny, korepetycji i kółek oraz „Brajanka”, mieszkającego w jednym pokoju z trojgiem rodzeństwa, poniżanego, nierzadko bitego tylko za to, że jest. Koszmar z ulicy Polskiej Edukacji. Radzimy sobie, jak możemy. Karty kompetencji i umiejętności, samoocena ucznia, listy od i do dziecka… Cyfra jednak wygrywa, takie prawo oświatowe mamy, cóż. Ale czy to prawo nakazuje nam też gloryfikację średnich ocen? A gdzie jest to zapisane, w jakim akcie prawnym, że musimy wręczać nagrody uczniom „z paskiem”? Nie godzę się z tym, po prostu. Czy nie powinniśmy tego zostawić rodzinie? Jeśli rodzice przywiązują wagę do średniej ocen, ich prawo rodzica, niech świętują, niech nagradzają swoje dziecko za oceny, trudno. Ode mnie nagrody dostają WSZYSCY – list motywacyjno-wspierajacy, statuetkę imienną, zakładkę do książki 🤩, podziękowania dla KAŻDEGO rodzica (bo wierzę, że każdy rodzic stara się jak najlepiej potrafi). W teczce wakacyjnej znalazła się też lista zadań na wakacje, w tym moje ulubione – bieganie boso po trawie. Wspaniałych wakacji życzę każdemu, moim obecnym i bylym uczniom, rodzicom i nie rodzicom, odpocznijmy po tym ciężkim roku ❤️, bądźmy wyrozumiali dla swoich słabości i niedociągnięć ❤️, niech człowiek zawsze dla nas brzmi dumnie.

Belferka Zosia

Jak ugryźć „Śmierć…”

Straszne jest to myślenie. Okropnie męczące. I po co mi to było? Było trzymać się gotowców, czyli scenariuszy wszechobecnych w sieci i nie tylko. Ale nie, jak zwykle, muszę kombinować, bo mi nudno. Kiedy kolejny raz jak miecz Damoklesa zawisła nade mną „Śmierć Pułkownika” naszego wieszcza (którego ja uwielbiam, uczniowie już raczej nie) odezwała się we mnie niepokornie niespokojna dusza i trach, koniec scenariuszy kolejny raz nastąpił. Zmęczona przekonywaniem, że „Mickiewicz wielkim poetą był” wieczorową porą zaczęłam gorączkowo myśleć, co by tu, jak by tu ugryźć tę „Śmierć …”, żeby zapamiętała ją młódź współczesna, żeby trochę przy okazji pomyślała, bo przecież nie zaszkodzi, myślenie ma przecież przyszłość, hłe, hłe. I zaczęłam grzebać, szlaczek, w biografii Emilii, bohaterki lekturowej, po co mi to było. Im więcej grzebałam, tym bardziej zachwycona byłam. Nie, pomyślałam sobie, nie może się to skończyć na analizie wiersza! Grzebania ciąg dalszy nastąpił i… Już widziałam, co robić, aczkolwiek bez pewności co do sukcesu i fajerwerków końcowych. Nakreślając z grubsza mój zamysł, postawiłam na KOBIETĘ oraz jak zwykle ostatnio myślenie krytyczne, ocenianie kształtujące i wizualizację😊 .

Kształtowane postawy:

– kwestionujesz oczywistości, własne założenia,

– potrafisz przetwarzać informacje,

– myślisz o myśleniu,

– odróżniasz fakty od opinii.

Zaczęliśmy od rutyny Most 1. do słowa „kobieta”.

I tu muszę, niestety, rozgraniczyć przykłady według płci, bo tak bardzo się spolaryzowały, że zaniemówiłam.

Najczęstsze słowa, pytania i porównania chłopców to:

– długie włosy, makijaż, zakupy, biżuteria, narzekanie, ubrania, zmienność

– Dlaczego kobiety spędzają tyle czasu w galeriach? Dlaczego kobiety lubią robić zakupy? Jak kobieta się ubiera? Dlaczego kobiety są tak denerwujące w swoim gadaniu? Czy kobiety lubią gotować?

– Kobieta jest  jak szkoła, bo tak samo denerwuje. Kobieta jest jak pogoda. Kobieta jest jak kot, ciężko jej dogodzić. Kobieta jest jak obiad, nie wiadomo, dlaczego nie smakuje.

Najczęstsze słowa, pytania i porównania dziewcząt to:

– silna, niezależna, dojrzała, piękno, siła, wolność

– Dlaczego nikt nie słucha kobiet? Dlaczego kobieta ma zawsze trudniej? Dlaczego kobieta musi wszystkich słuchać? Jak zrobić, żeby kobieta nie czuła się gorszą?

– Kobieta jest jak bukiet kwiatów. Kobieta jest jak kwiat. Kobieta jest jak kwiat i trzeba o nią dbać. Kobieta jest jak przyroda, piękna i nie do opanowania.

Czy widzicie już, dlaczego zaliczyłam szok??? Czy widzicie znaczną różnicę w pojmowaniu kobiety między przedstawicielami obu płci? Jeśli nie, wróćcie i przeanalizujcie jeszcze raz odpowiedzi. Po Moście 1. wiedziałam już, że wybrana przeze mnie droga ze „Śmiercią Pułkownika” jest tą jedyną.

I tu muszę się pochwalić. Po Moście 1., mimo że odpowiedzi męskiej strony były dla mnie szokujące, przyjęłam je i ich nie oceniałam, jupiiiii! Naprawdę! Żadnych komentarzy, żadnej dezaprobaty, po prostu je przyjęłam jako punkt wyjścia do przemyśleń. Pojawiła się nadzieja, że duch myślenia krytycznego zakiełkował u mnie, co nie było wcale tak łatwe, a już na pewno nie w przypadku tematu „kobieta” (bo jakoś, nie wiadomo dlaczego, utożsamiam się).

Następnie, w grupach, młodzież musiała się zmierzyć z sywetkami kobiet, które zmieniły świat. Zmodyfikowałam tu pomysł zaczerpnięty ze wspaniałego „Lekturownika ósmoklasisty” (nie pierwszy raz korzystam zresztą), dziękuję!  Przygotowałam portrety kobiet – petard, które wstrząsnęły światem i uczniowie mieli za zadanie rozpoznać te sylwetki oraz pogłębić ich poznanie według pytań pomocniczych. Przyznam, że nie mieli łatwo, bo nie wszystkie postacie kobiet były oczywiste 😊 Jednak zgodnie z duchem OK zadanie nie może być wszak zbyt proste. No i grupy mogły same wybierać spośród 10 sylwetek trochę znanych, mniej znanych i zupełnie nie, hi, hi. W warunkach stacjonarnych koniecznym jest oczywiście dostęp do sieci (telefonów), przecież nie będziemy katować dzieci encyklopediami. Zadanie brzmiało tak:

Czy znasz te słynne kobiety? https://wordwall.net/pl/resource/16200785

  1. Dlaczego stały się sławne?
  2. Z jakimi trudnościami musiały się zmierzyć?
  3. Czy było im trudniej niż mężczyznom osiągnąć sukces?
  4. Kogo jeszcze dodalibyście do tej listy?

Wybierzcie 3 kobiety spośród portretów, ustalcie odpowiedzi na pytania w grupach, wpiszcie go na swojego Jama (w warunkach stacjonarnych to może być plakat).

Po zakończeniu pracy za pomocą rutyny „Winda” przedstawiciele grupy w ciągu 60 sekund prezentowali najważniejsze wspólne ustalenia. Choć nie jest to łatwe zadanie, z satysfakcją zauważyłam, że uczniowie coraz lepiej  potrafią filtrować informacje, wybierać te najważniejsze, najciekawsze i planować swoje wystąpienie tak, żeby nie przekraczać czasu. Choć oczywiście, nie w każdej klasie i nie wszyscy. Ale jeszcze będziemy trenować!

Spostrzeżenia po analizie postaci kobiet były bardzo ciekawe. Grupy dotarły do momentów życiorysów wybranych postaci, które stanowiły przełom w ich biografii lub ogromnych trudności, które zostały przez nie przezwyciężone. Ta praca miała za zadanie pogłębić myślenie uczniów o kobiecie jako takiej w kontekście szeroko rozumianej historii ludzkości.

A żeby nie zagubić problematyki o odważnych kobietach podejmujących ważkie dla świata problemy, obejrzeliśmy COP24 Katowice 2018 – Niezwykle wystapienie 15-latki – Greta Thunberg.

Potem, zgodnie z duchem OK, poznaliśmy cel i KSU lekcji, a przedtem pytanie kluczowe: Czy jest sprawa, dla której byłbym/byłabym w stanie poświęcić życie?

Odpowiedzi na pytanie kluczowe były oczywiste i nie. W większości młodzi ludzie byliby w stanie poświęcić życie dla najbliższych, przynajmniej tak deklarowali i to było wspaniałe. Pojedyncze odpowiedzi negowały poświęcenie swojego życia dla kogo i czegokolwiek. Nie było jednak żadnej odpowiedzi, która mówiłaby o poświęceniu się dla kraju, w imię patriotyzmu. Wywiązała się krótka dyskusja na temat patriotyzmu, znak czasu, rzecz do przerobienia, wrócimy na pewno do tej problematyki. Zrodził się dzięki temu pomysł zajęć o patriotyzmie –  dyskusji na temat jego znaczenia, wartości dla współczesnej młodzieży.

Nadszedł czas na tekst lekturowy, ale nie zaczęłam od czytania, tylko od śpiewu i obrazu:

https://youtu.be/80o4j_2_1NQ

A jeśli to nie okaże się wystarczające, można jeszcze zajrzeć tu: https://youtu.be/EMlOJ9Z4gII .

No i naszedł czas na rutynę MK: Widzę…Myślę…Zastanawiam się…, która stała się okazją do zatrzymania się i głębszego zastanowienia się nad utworem.

Najczęstsze odpowiedzi:

Widzę – wiersz o śmierci, kobietę, która była jak żołnierz, dziwny wiersz, zaskakujące zakończenie wiersza, historię o żołnierzach, o śmierci i walce, niezrozumiały wiersz.

Myślę – że to mało zrozumiały wiersz, że to jest wymyślone, jak to było naprawdę, że to wiersz o jakimś żołnierzu.

Zastanawiam się – czy to jest prawda, jak to możliwe, czy Emilia Plater żyła naprawdę, o co chodzi w tym wierszu, ile z tego wiersza muszę pamiętać.

Te odpowiedzi stały się dla mnie potwierdzeniem mojego wcześniejszego przeczucia, że nie tylko trzeba podkreślić autentyczność postaci Emilii Plater, ale też  jej niezwykły życiorys i niesamowitą osobowość. Jasnym też stało się, że nie wszyscy uczniowie rozumieją utwór z pozoru prosty i oczywisty i że trzeba go po prostu przeczytać jeszcze raz, strofa po strofie, rozmawiając na temat treści poszczególnych fragmentów.

I tak też zrobiliśmy, tłumacząc na przykład wyrażenia typu: „kordelas”, „ runsztunek” i dlaczego „jak Czarniecki”.

Na koniec tekstu pojawia się imię i nazwisko Emilii Plater. I o to chodziło 😊 Kim była? – pojawiło się pytanie.

Poznaliśmy jej sylwetkę dzięki  https://dzieje.pl/postacie/emilia-plater-1806-1831 . Potem pozycję kobiety w epoce naszej bohaterki:

https://wielkahistoria.pl/wychowanie-xix-wiecznych-dziewczat-jak-robiono-z-nich-posluszne-i-ulegle-zony/ oraz przybliżyliśmy ją sobie, oglądając POLSKA NIEPODLEGŁA Wojciech Kossak. Emilia Plater w potyczce pod Szawlami | zwiastun on Vimeo .

Z dalszej rozmowy wynikło, że uczniowie połączyli fakty, nie było im trudno zauważyć, że Emilia to jedna z tych niezwykłych kobiet łamiących schematy i stereotypy, odważnych i naprawdę wartych zainteresowania i zapamiętania.

Kiedy już było wiadomo, o jakiej kobiecie jest mowa, nadszedł czas na wizualizację utworu, w trakcie której niepostrzeżenie można było zapamiętać elementy świata w nim przedstawionego. Tu pozostawiłam dowolność przekładu, mógł to być komiks, jedna scena lub każda inna praca graficzna przedstawiająca utwór.

Pozostała jeszcze sprawa niezgodności sceny śmierci Emilii w wierszu z jej biografią. Oznaleźć to, co się nie zgadza, nie było uczniom trudno, ale dlaczego? Dlaczego Mickiewicz zmienia historię?

Pomogła nam rutyna 5 x dlaczego od „Scena śmierci Emilii Plater w wierszu jest niezgodna z jej biografią.” Kolejne odpowiedzi na pytania „dlaczego” brzmiały:

Bo Mickiewicz chciał to przestawić inaczej.

Myślał, że śmierć w chatce będzie lepsza dla utworu.

Bo wiersz w ten sposób lepiej przemawiał.

Bo śmierć Emilii miała być żołnierska.

Bo chciał, żeby stała się dla wszystkich bohaterem.

I w ten sposób znaleźliśmy piewotną przyczynę mijania się wieszcza z historią 😊

Po

👉 poznaniu cech bohatera romantycznego i odnalezieniu ich w utworze oraz osadzeniu w kontekście historycznym,

👉 powiązaniu z życiem autora,

👉 własnych notatkach o problematyce wiersza

nadszedł czas na Most 2. Czy coś się zmieniło?

Pojawiły się:

słowa – niezależna, silna, wolna, wystarczająca, bohaterka, odwaga, piękno,

pytania – Czy kobietom ciężej jest odnieść sukces? Z jakimi trudnościami zmagają się kobiety? Dlaczego kobiety są uważane za słabsze? Czy jest rzecz, z którą kobieta by sobie nie poradziła? Czy kobiety są niedoceniane?

porównania – Kobieta jest jak superbohater. Kobieta jest jak bukiet czerwonych róż. Kobieta jest jak wszystkie kolory świata.

I „oczywistości” o kobietach jak zakupy, gotowanie, biżuteria zostały zakwestionowane! A twarde fakty z życiorysów autentycznych postaci kobiecych, w tym Emilii Plater zajęły miejsce opinii o tym, co przynależy „słabej” płci. I jak możecie zauważyć, gdzieś ulotnił się podział na płeć.

Została jeszcze samoocena według NaCoBeZu i gotowe.

Nie, nie u wszystkich zmieniło się myślenie i nie wszyscy radzą sobie z rutynami. Widzę jednak, że coś ruszyło 😊 Myślę, że moi uczniowie coraz lepiej rozumieją, po co to robimy 😊 Zastanawiam się, jak jeszcze mogę im w tym pomóc 😊

A, jeszcze jedno – okazało się, że moja praca ograniczyła się do tej przed lekcją, toteż faza jojczenia „po co mi to było” bardzo szybko przeszła w etap „ale fajnie”. Czego i wam życzę.

Belferka Zosia

Chaos wielkiego powrotu

                Ojć, łatwo nie było 😊 Po miesiącach siedzenia przed ekranem, buch, znowu w wir, ała! Okopałam się, wypracowałam narzędzia, nawet popadłam w lekką rutynę (ale walczyłam z nią, żeby nie było), przywykłam do regularnych pierwszych i drugich śniadanek oraz, o zgrozo, ciepłej kawy. Domowe żyjątka, wliczając syna, miały matkę 24 godziny na dobę, kurierzy nie poszukiwali mnie po szkołach, a fachowcy w spowolnionym tempie, pod moim czujnym okiem podnosili standardy mieszkaniowe… I kiedy nieśmiało wykluwało się przeświadczenie, może nawet pewność, że ogarniam rzeczywistość, brutalnie i bezwzględnie, nie pytając mnie o zdanie, przerwano zdalne! Po amoku szkoły hybrydowej (tu oszczędzę sobie wspominek, staram się nie pamiętać o tych bardzo szczególnych dwóch tygodniach) zaczął się WIELKI POWRÓT. Z cichym żalem pogłaskałam  na pożegnanie ulubione dresiki i polarki, obiecując, że nigdy im nie zapomnę, jak mnie wspierały, wygrzebałam ze spiżarni śniadaniówki i termosy, pochlipałam nad piekarnikiem od ciepłych grzanek na drugie śniadanko i WRÓCIŁAM. I dzięki, o dobry świecie, za dzieciaki w szkole! Tylko dzięki nim przeżyłam, choć ledwo. Ale nie bez wpadek, o nie, z których brak paliwa (bez niego samochód złośliwie nie odpalił, dlaczegooooo), wyjście z domu w klapkach, wypuszczenie syna do szkoły bez śniadania, nieumyślna kradzież szkolnej ładowarki do kompa, czarna rozpacz przy konieczności wklepania jakiegoś dziwnego hasła do szkolnych sprzętów wcale nie były tak spektakularne wierzcie mi. I jak żyć, jak żyć w tej nowej – starej rzeczywistości belferskiej??? Otóż…

Po pierwsze, wybaczyłam sobie. Bo mam prawo do braku perfekcji i do okresu przejściowego. Tak jak dzieciaki, jestem też ważna dla szkoły i już!

Po drugie, pomalutku, sztuka po sztuce przeanalizowałam, co ze sobą zabrać ze zdalnego, jak wykorzystać to, czego się nauczyliśmy z dziećmi, a co i jak przełożyć na pracę w sali.

A zabieram:

– umieszczanie materiałów do lekcji na OneNote (dla nieobecnych, dla zapominalskich, na wieki wieków),

– spotkania i konsultacje indywidualne na Teams (kiedy chcę, bez jeżdżenia, w komforcie dla obu stron, dla rodziców, dzieci i dla mnie),

– prace  projektowe z wykorzystaniem różnorakich narzędzi TIK, wspólną pracą uczniów na jednej prezentacji, z generatorami, a nawet Minecraft i The Sims, a co tam, jak szaleć, to szaleć 😊

Co przekładam na salę? Tu się trochę zatrzymam, bo będzie o myśleniu krytycznym 😊 W środku pandemii rozpoczęła się moja nim fascynacja i co ważne w tej sprawie, z rutynami myślenia krytycznego pracowaliśmy do tej pory tylko zdalnie. A pięknie już nam to wychodziło! Jamboard, obszary współpracy w OneNote, pokoje Teams, no po prostu śmigało aż miło! I co teraz? Być może dla innych, doświadczonych trenerów, którzy pracowali już wcześniej stacjonarnie, to prościzna i banał, ale pokażę, jak sobie z tym poradziłam, bo cieszę się niczym niemowlę, że wychodzi i to lepiej niż na zdalnym!

Przede wszystkim wydrukowałam sobie opis rutyn i noszę ze sobą tę ściągę – w razie pomroczności ciemnej zawsze mogę tam zajrzeć. Następnie zalaminowałam nazwy rutyn i przywróciłam życie sklerotkom – nieśmiertelnym samoprzylepnym karteczkom (kiedyś już pisałam, jak bardzo je kocham).

Jak poszło i dlaczego lepiej niż na zdalnym? Odpowiadam – znakomicie! A lepiej, bo:

– idzie o wiele szybciej, w końcu rutyna trwa tyle, ile powinna – kilka minut,

– podsumowanie nie wiąże się z przeskakiwaniem z Jama na Jama etc., mamy wszystko razem i od razu (załączam zdjęcia),

– WIDZIMY siebie, więc emocje, ekspresja, zaangażowanie w problem są nieporównywalnie głębsze, pojawiło się w końcu prawdziwe pole i możliwość do naturalnej, wartkiej dyskusji, bez podnoszenia łapek, włączania i wyciszania mikrofonów itd. I to jest według mnie najważniejsze, wręcz porywające, nie do przełożenia na łącza internetowe.

Tak więc, kochane dresiki, polarki, ciepłe grzanki i kawusie, żegnam się z wami teraz dopiero prawdziwie i wybaczcie, ale już bez żalu. Wygrał z wami żywy człowiek, relacje i autentyczna rozmowa.

Belferka Zosia