Chaos wielkiego powrotu

                Ojć, łatwo nie było 😊 Po miesiącach siedzenia przed ekranem, buch, znowu w wir, ała! Okopałam się, wypracowałam narzędzia, nawet popadłam w lekką rutynę (ale walczyłam z nią, żeby nie było), przywykłam do regularnych pierwszych i drugich śniadanek oraz, o zgrozo, ciepłej kawy. Domowe żyjątka, wliczając syna, miały matkę 24 godziny na dobę, kurierzy nie poszukiwali mnie po szkołach, a fachowcy w spowolnionym tempie, pod moim czujnym okiem podnosili standardy mieszkaniowe… I kiedy nieśmiało wykluwało się przeświadczenie, może nawet pewność, że ogarniam rzeczywistość, brutalnie i bezwzględnie, nie pytając mnie o zdanie, przerwano zdalne! Po amoku szkoły hybrydowej (tu oszczędzę sobie wspominek, staram się nie pamiętać o tych bardzo szczególnych dwóch tygodniach) zaczął się WIELKI POWRÓT. Z cichym żalem pogłaskałam  na pożegnanie ulubione dresiki i polarki, obiecując, że nigdy im nie zapomnę, jak mnie wspierały, wygrzebałam ze spiżarni śniadaniówki i termosy, pochlipałam nad piekarnikiem od ciepłych grzanek na drugie śniadanko i WRÓCIŁAM. I dzięki, o dobry świecie, za dzieciaki w szkole! Tylko dzięki nim przeżyłam, choć ledwo. Ale nie bez wpadek, o nie, z których brak paliwa (bez niego samochód złośliwie nie odpalił, dlaczegooooo), wyjście z domu w klapkach, wypuszczenie syna do szkoły bez śniadania, nieumyślna kradzież szkolnej ładowarki do kompa, czarna rozpacz przy konieczności wklepania jakiegoś dziwnego hasła do szkolnych sprzętów wcale nie były tak spektakularne wierzcie mi. I jak żyć, jak żyć w tej nowej – starej rzeczywistości belferskiej??? Otóż…

Po pierwsze, wybaczyłam sobie. Bo mam prawo do braku perfekcji i do okresu przejściowego. Tak jak dzieciaki, jestem też ważna dla szkoły i już!

Po drugie, pomalutku, sztuka po sztuce przeanalizowałam, co ze sobą zabrać ze zdalnego, jak wykorzystać to, czego się nauczyliśmy z dziećmi, a co i jak przełożyć na pracę w sali.

A zabieram:

– umieszczanie materiałów do lekcji na OneNote (dla nieobecnych, dla zapominalskich, na wieki wieków),

– spotkania i konsultacje indywidualne na Teams (kiedy chcę, bez jeżdżenia, w komforcie dla obu stron, dla rodziców, dzieci i dla mnie),

– prace  projektowe z wykorzystaniem różnorakich narzędzi TIK, wspólną pracą uczniów na jednej prezentacji, z generatorami, a nawet Minecraft i The Sims, a co tam, jak szaleć, to szaleć 😊

Co przekładam na salę? Tu się trochę zatrzymam, bo będzie o myśleniu krytycznym 😊 W środku pandemii rozpoczęła się moja nim fascynacja i co ważne w tej sprawie, z rutynami myślenia krytycznego pracowaliśmy do tej pory tylko zdalnie. A pięknie już nam to wychodziło! Jamboard, obszary współpracy w OneNote, pokoje Teams, no po prostu śmigało aż miło! I co teraz? Być może dla innych, doświadczonych trenerów, którzy pracowali już wcześniej stacjonarnie, to prościzna i banał, ale pokażę, jak sobie z tym poradziłam, bo cieszę się niczym niemowlę, że wychodzi i to lepiej niż na zdalnym!

Przede wszystkim wydrukowałam sobie opis rutyn i noszę ze sobą tę ściągę – w razie pomroczności ciemnej zawsze mogę tam zajrzeć. Następnie zalaminowałam nazwy rutyn i przywróciłam życie sklerotkom – nieśmiertelnym samoprzylepnym karteczkom (kiedyś już pisałam, jak bardzo je kocham).

Jak poszło i dlaczego lepiej niż na zdalnym? Odpowiadam – znakomicie! A lepiej, bo:

– idzie o wiele szybciej, w końcu rutyna trwa tyle, ile powinna – kilka minut,

– podsumowanie nie wiąże się z przeskakiwaniem z Jama na Jama etc., mamy wszystko razem i od razu (załączam zdjęcia),

– WIDZIMY siebie, więc emocje, ekspresja, zaangażowanie w problem są nieporównywalnie głębsze, pojawiło się w końcu prawdziwe pole i możliwość do naturalnej, wartkiej dyskusji, bez podnoszenia łapek, włączania i wyciszania mikrofonów itd. I to jest według mnie najważniejsze, wręcz porywające, nie do przełożenia na łącza internetowe.

Tak więc, kochane dresiki, polarki, ciepłe grzanki i kawusie, żegnam się z wami teraz dopiero prawdziwie i wybaczcie, ale już bez żalu. Wygrał z wami żywy człowiek, relacje i autentyczna rozmowa.

Belferka Zosia